Maciej Pitala o projekcie ustawy

Ustawa o stałej cenie książki, którą proponuje Polska Izba książki, powraca niczym bumerang co jakiś czas. Obecny projekt ustawy nie proponuje żadnych większych zmian w porównaniu do poprzedniego. Cała ustawa o książce opiera się właściwie na jedynym mechanizmie, jakim jest stała cena książki, a zatem uniemożliwienie rabatu większego niż 5% przez rok od wydania książki. Twórcy ustawy liczą, że ta zmiana usunie liczne patologie rynku książki.
**
Dyskusja na FB autora:
**
Przypisują swojej ustawie wiele cech i skutków. Dokument wymienia pięć celów, ale tylko dwa z nich faktycznie mają przełożenie w ustawie (moim zdaniem i tak nieskutecznie), inne są po prostu pomijane. W żaden sposób nie wiadomo, jak ustawa ma poprawiać jakość wydawanych w Polsce książek ani jak ma zwiększać czytelnictwo czy szacunek Polaków do książki. W uzasadnieniu ustawy autorzy powołują się na badania rynku z krajów UE, w których ustawa obowiązuje, ale nie podają, co to za badania, więc trudno mi się odnieść. Ocena skutków rynkowych regulacji prawnych nie zawsze jest prosta, bo nie ma pewności czy regulacja wpływała na rynek czy wystąpiły inne czynniki, oraz czy skutków nie pomylono z przyczyną. Jednak autorzy ustaw zbywają milczeniem przykład Izraela, w którym ustawa przyniosła opłakany skutek i została wycofana na wiosek jej pomysłodawców. Kraje wymieniane w uzasadnieniu, jak Niemczy czy Francja, już przed ustawą miały silny rynek czytelniczy, niezdominowany przez gigantów, a do tego ustawy te były wprowadzone przed rozwojem branży e-commerce. Obecnie, gdy sprzedaż w internecie stanowi ważną część rynku, ta ustawa po prostu zamorduje księgarnie internetowe.

 

W uzasadnieniu twórcy ustawy opierają swoje działania na chęci ratowania małych księgarni oraz ograniczeniu wojny cenowej. Zastanawiające jest, czemu ustawa, która ma chronić małe księgarnie przed monopolistami i molochami rynku, jest poopierana właśnie przez te wielkie podmioty? Czy nie powinny one najbardziej aktywnie z nią walczyć? Jednak to one ją popierają i lobbują. Odpowiedzi może udzielić obserwacja kroków, jakie te podmioty poczyniły, zmieniając swoją strukturę sprzedaży, tworząc usługi abonamentowe czy zapewniając darmową wysyłkę. PIK wskazuje, że główną przyczyną upadku małych księgarni jest ich niezdolność do walki cenowej. Trudno mi się jednak z tym zgodzić. Choć absolutnie nie neguję wagi tego cenowego czynnika to nie jest to jedyna przewaga księgarń internetowych nad małymi stacjonarnymi. Szeroka możliwość wyboru asortymentu to właśnie olbrzymia przewaga kupowania w internecie. Do tego polscy konsumenci coraz robią zakupy w sieci i trudno będzie ten trend zatrzymać (nie uważam też, by była taka potrzeba).
Skupienie ustawy na dobru tylko jednego podmiotu, a więc sprzedającego może budzić wątpliwości natury prawnej. Po pierwsze, można mieć poważne wątpliwości co do konstytucyjności tej ustawy. Może ona być sprzeczna z art. 22 Konstytucji, podobnie zresztą jak art. 8, który faworyzuje gospodarczo jedne podmioty nad drugimi. Ustawa może też być w sprzeczności z ustawą o zapobieganiu nieuczciwej konkurencji, bo zawiera cechy zmowy cenowej. UKKiK karał już wydawców za próbę zmowy cenowej (np. przy wydaniu jednej z części serii przygód pewnego czarodzieja z blizną), a więc można uznać, że takie praktyki będą naruszały wolności konsumenckie, a podobne zapisy prawa ograniczające wolność konsumenta na rzecz producenta są co prawda dopuszczalne, ale tylko wyjątkowo, gdy przemawia za tym wyraźnie interes społeczny i dotyczy to np. branży energetycznej. Ustawa może więc wchodzić w kolizję z innymi katami prawnymi. Mam bardzo poważne wątpliwości, czy wzrost ceny książki doprowadzi do wzrostu czytelnictwa oraz czy w przypadku spadku sprzedaży wydawcy zdecydują usunąć się z oferty lokomotywy sprzedaży, zamiast mniej nakładowych a bardziej ambitnych pozycji.
Cel, jaki stawiają przed sobą twórcy ustawy, a więc „zapewnienie urozmaicenia dostępnej oferty czytelniczej oraz wspieranie różnorodnej i ambitnej twórczości literackiej” raczej nie zostanie odniesiony, gdy ceny książek gwałtownie wzrosną. To nie jedyna wada prawna w ustawie o książce. W praktyce debiutantom będzie też o wiele trudniej dostać się na rynek. Teraz, jeżeli książka debiutanta nie sprzeda się dobrze, to promocja może choć zwrócić koszty związane z jej wydaniem. Ale gdy nie będzie takich możliwości, wydawcy zaczną bardzo ostrożnie podchodzić do debiutów. Ustawa zawiera tak szeroko i niejednoznaczną definicję książki, że mogą pod nią trafić gazety czy nawet gazetki z supermarketu… wszystko zależnie od interpretacji. Czy gry planszowe, mając długą instrukcję, nie będą też tym ograniczone? Dziwi mnie brak oparcia definicji książki na ISBN, co mogło by ukrócić niejasności. Do tego PIK niekonsekwentnie korzysta z własnych definicji, bo kolejne użyte w ustawie pojęcia jak „książka elektroniczna” są nie do pogodzenia z pojęciem książki w myśl tej samej ustawy.
Wedle ustawy książki objęte jednolitą ceną mają być w języku polskim. Czemu tylko w języku polskim? Czy książek w innych językach ustawa by nie obejmowała? Jak definiowany jest język polski? Może wydać się to oczywiste, ale np. język śląski nie ma statusu języka, więc książka wydana w tym języku byłaby w prawnej dziurze? Czy tak samo język np. kaszubski. Czy to celowe wyjęcie czy przeoczenie? Nie wiem.
Ustawa ogranicza (właściwie uniemożliwia) przyznanie rabatu przez dwanaście miesięcy od daty wydania. Czemu tak długo? Cykl życia książki jest o wiele krótszy i jeśli książka nie odnotuje sprzedaży do trzech miesięcy (a często o wiele krócej) od daty wydania, staje się martwa. Wydawca nie poświęci jej więcej czasu, nie przeznaczy pieniędzy na reklamę w księgarniach, więc nowe pozycje przysłonią ją na półkach. Ustawa może zmniejszyć liczbę wydanych pozycji, a więc i wpłynąć na zmniejszenie się czasu „życia” książki.
Inną ciekawą kwestią w proponowanej ustawie są wyjątki. Po pierwsze, sprzedawca i wystawca mogą udzielić rabatu do 20%, ale tylko wymienionym w ustawie podmiotom jak uczelnie czy placówki kultury. I o ile rozumiem cel tego wyjątku, to mam wątpliwości, czy takie preferowanie jednych podmiotów nad drugie nie wchodzi w kolizję z prawem, ale też czy podmiot, który zakupił książkę w postaci specjalnego rabatu, nie powinien zgłosić ją jako dochodu.
Kolejnym problemem są wyjątki tak napisane, by mogły służyć konkretnym podmiotom. Z ustawy wyjęte są ebooki oraz usługi abonamentowe, a także małe serie wydawnicze i specjalne, zatem spokojnie mogę sobie wyobrazić sytuację, w której dystrybutor będący wydawcą (co się zdarza) dzieli książkę na wiele krótkich serii, a każdą z tych serii oznacza jako specjalną, zatem może dawać rabaty, a inni sprzedawcy już nie, bo dostaną tylko „zwyczajne” wydanie. Ustawa zawiera kilka wyjątków, które dają możliwości jej omijania, ale tylko dużym podmiotom, które mogą wywierać odpowiedni nacisk na wydawców lub mają narzędzia, by spełnić wymogi określone w aktach. Ustawa pozwala na wycofanie książki po sześciu miesiącach oraz nadanie jej nowej ceny. Czy taką możliwość ma wielki wydawca będący jednocześnie właścicielom sieci księgarń czy może mała lokalna księgarnia i mały wydawca? Oczywiście, że wielkie podmioty, a nie małe. Do tego wycofanie książki z rynku jest niemożliwe, bo sprzedawca końcowy jest już jej właścicielem i jej nie odda. Jak będzie to więc sprawdzane? Kto będzie to sprawdzał? Wycofanie może być więc pozorne polegać na chwilowym wycofaniu z sprzedaży (usunięciu z katalogów) i szybkim ponownym powrocie do sprzedaży. Podobnie można by manipulować datą wydania i do systemu wpisać datę podpisania umowy z autorem, a więc rok minie akurat, jak książka ukaże się na rynku. W Polsce omijanie prawa to właściwie sport narodowy, więc można być pewnym, że ktoś wpadnie na tę czy inną metodę. Takie sytuacje nie są dobre, bo generują tylko kolejne patologie i czynią rynek niestabilnym.
Ustawa pozwala też na rabaty na targach książki. Ale czym są targi książki?
Sprzedawca końcowy jest uprawniony do udzielenia rabatu do 15% jednakowej ceny książki podczas sprzedaży książki w czasie trwających nie dłużej niż 4 dni targów książki, w czasie których książki do sprzedaży oferuje co najmniej 10 niezależnych sprzedawców końcowych. Poszkodowane na pewną będą małe wydarzenia kulturalne, na których wydawcy pojawiają się z rabatami (razem ze swoimi autorami). Teraz nie będzie to możliwe, bo tylko większe imprezy mają więcej niż 10 wystawców książkowych. Takie wydarzenia były często dla wydawców bardzo korzystne, bo nawet z rabatem byli na plus, a obecność ich autora bądź autorki napędzała sprzedaż.
Nie wiem, ile targów w Polsce spełniało by ten warunek, przy założeniu, że wydawca nie jest sprzedawcą końcowym (bo wedle definicji ustawowej nim nie jest), a więc tylko targi, na których są księgarnie lub dystrybutorzy niebędący wydawcami. Mam wątpliwości, czy WTK by się łapało. Zakładam więc, że to błąd definicyjny. Jeżeli jednak tak, to ponownie wielcy dystrybutorzy mogą co chwila ogłaszać wirtualne tragi książki i dawać rabaty. A więc nadal to dziura w ustawie. Wielka sieć bez problemu namówi 10 wydawców (sama może być właścicielem kilku wydawnictw) i jej targi będą składały się z 10 sprzedających. Takie „targi” będą odbywały się np. co miesiąc, a wydawcy nie będą mieli wyjścia i by sprzedać, będą musieli w nich uczestniczyć. Oczywiście mali księgarze nie będą mieli takich możliwości. Przypadek?
Co z książka używaną, ale młodszą niż rok? Czy antykwariusze będą mogli ją sprzedać? Czy ich też będzie obowiązywał stała cena? Co będzie czyniło książkę używaną? Ustawa milczy na ten temat, a wątpliwości pozostają.
A co będzie, jeżeli sprzedający jednak da rabat 25 %? Ustawa przewiduje przepisy karne. Ale są one tak ogólne, że właściwie trudno powiedzieć, co grozi sprzedawcy i na jakich warunkach. Wiemy, że grzywna. Ale w jakim wymiarze? Jak naliczana? Przepis karny odnosi się jedynie do właściwości sądów. W praktyce oznacza bezkarność lub niewielkie konsekwencje za naruszanie przepisów ustawy. A kto poradzi sobie lepiej ze sprawą za wykroczenie? Wielki moloch z działem prawnym czy mała księgarnia? Kogo uderzy bardziej grzywna np. 1000 zł? Największa siec dystrybucji w Polsce czy małą lokalną księgarnię?
Wskazane prze mnie luki nie muszą wynikać ze złej woli PIK czy chęci stworzenia takich luk. Ale tworzenie prawa jest trudne i regulowanie skomplikowanego rynku też jest trudne. Gdy na tym rynku mamy bogatych monopolistów, mających środki na prawników i narzędzia wymuszania działań na wydawcy, to takie regulacje stają się wręcz niewykonalne!
Ustawa prezentuje myślenie życzeniowe. Zakłada, że jedną prostą ustawą da się naprawić złożone i trudne patologie rynku wydawniczego. Rynek książki jest trudny, a kolejne raporty Biblioteki Narodowej na temat czytelnictwa nie napawają optymizmem. Pomimo tego sprzedaż książek w Polsce jednak rośnie. Czy w czasach kryzysu i możliwego zubożenia Polaków potrzebujemy zmian, które doprowadzą do wzrostu cen? Ceny książek i bez tego rosną, a wzrost średniej ceny książek do 50 zł może spowodować znaczne spadki sprzedaży, popularność piratów czy serwisów abonamentowych z e-bookami.
Rynek książki składa się z wielu podmiotów: wydawcy, hurtownicy, sprzedawcy, autorzy i czytelnicy. Każdy z nich ma swoje potrzeby, interesy i cele. Interes jednego nie może być przez państwo (a więc ustawą) magicznie wywyższany ponad inne, a jeśli tak się dzieje (bo tak czasem jest) musi być ku temu odpowiednie uzasadnienia i społeczny interes. Dlatego więc państwo chroni konsumenta, często uznając go za najsłabszego. Tu konsument ponosił by nagle cały koszt, razem z autorem, bo to te dwie grupy były by najbardziej poszkodowane. Może warto zastanowić się nad regulowaniem maksymalnych rabatów, jakie mogą wymuszać pośrednicy? Albo ukróceniem innych procederów, jak przesuwanie płatności w czasie, pobieranie licznych dodatkowych opłat itp. Te działania są wyjątkowo szkodliwe i je można ograniczać.
Podsumowując ustawa jest napisana źle, z błędami i z możliwym naruszaniem innych przepisów prawa. Choć w ustawie zapisane są cele, które mogą (a nawet powinny) budzić rozumienie i poparcie, to sama ustawa wcale nie będzie ich realizować. Skutek wprowadzania tej zmiany w prawie może być odwrotny od zamierzonego.