Wybierzmy wisienki, może wylosujemy dynię [2017]

Uwielbiam droczyć się z dzieciakami. Prowokować do myślenia, zadawania pytań. Klasyczne stwierdzenie, że weźmy większą połowę, gdzieś w okolicach 10 roku życia aktywizuje małych spryciarzy, do stwierdzenia, że „przecież nie ma większej połowy”. I wtedy wkraczam, ze swoim „a połówka jabłka i połówka dyni, też są równe?”.

Piękne jest to co się później dzieje. W ten sposób postanowiła się zabawić ze wszystkimi Polska Izba Książki, zamieszczając na swojej stronie internetowej prezentację dotyczącą ustawy o jednolitej cenie książki.

Kogóż tam nie ma wśród instytucji odpowiedzialnych za przygotowanie tych dwudziestu slajdów. Izba Księgarstwa Polskiego, Ogólnopolskie Stowarzyszenie Księgarzy, Stowarzyszenie Księgarzy Polskich, Polskie Stowarzyszenie Wydawców Książek, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Stowarzyszenie Wydawców Katolickich i oczywiście Polska Izba Książki.

Bardzo szacowne organizacje, choć w sumie szkoda, że nie zaproszono do udziału jakiegoś stowarzyszenia ekonomistów lub choćby statystyków. No w zasadzie wystarczyłoby jakieś malutkie studenckie koło logików.

Zacznijmy od slajdu numer 8. Ktoś wpadł na pomysł, żeby porównać rynek książki do rynku piwa. Czemu nie. Choć w zasadzie dziwię się, że nie do rynku wódki, wszak w Polsce dość popularny był żart Stanisława Tyma „Grisza i Czapajew”.

 

Autorzy prezentacji stawiają tezę „Polski rynek książki jest mały i zdezorganizowany”. Rynek książki to jedynie 3,5 mld przychodów, zaś piwa ponad 14 mld. Ciekawa teza. Rynek piwa w Polsce jest 4 krotnie większy niż książki. No w sumie nic dziwnego piwiarni i pubów jest więcej na ulicach polskich miast, niż księgarni. Stąd niby naturalny wniosek, że wystarczy stworzyć więcej księgarni, żeby rynek książki urósł.

Zwłaszcza jeśli spojrzymy na naszych sąsiadów na Zachodzie. Mają ustawę o jednolitej cenie książki i proszę przychody ze sprzedaży książek wynoszą tam 9 mld euro, czyli jakieś 40 mld złotych. 10 razy więcej niż w Polsce! Eureka. Przecież Niemców jest zaledwie 2 razy więcej. Wygląda na to, że znaleźliśmy rozwiązanie. Wystarczy wprowadzić ustawę o jednolitej cenie i …

No właśnie, a co będzie jeśli pojawi się efekt uboczny? Rynek piwa w Niemczech to około 80 miliardów euro. 10 razy więcej niż wartość niemieckiego rynku książki. Czyżby to wynik ustawy o jednolitej cenie książki? Dlaczego właściwie porównujemy książki do piwa, a nie do papierosów? Nie mam pojęcia. Zazdroszczę kreatywności. Choć może ktoś uznał, że połówka jabłka i połówka dyni da się jednak porównać.

Skoczmy teraz do slajdu 11. Poprzedza go mocne intro (slajd 10): „Zachowanie globalnych graczy, gdy wchodzą na nieuregulowany rynek książki. Przykład: Amazon”. Amazon dla Polskiej Izby Książki to substytut niemal wszelkiego zła. Jego wejście ma zniszczyć rynek książki w Polsce. Prawdopodobnie zniszczy zatory płatnicze, do których wszyscy się przyzwyczaili. Płatności po 180 dniach, które uznawane są za normę. Jest czego się bać.

Mamy więc slajd 11:

Wielka Brytania opanowana przez siły zła. Kontur wysp na czarnym tle. W opozycji do niej promienieje jasnością rynek niemiecki. Różnica jest oczywista. „Państwo które zrezygnowało z ustawy o stałych cenach książki” kontra „Państwo, w którym funkcjonuje ustawa o stałych cenach”.

W Wielkiej Brytanii 35 procent całej sprzedaży książek to zły Amazon. Dzielni Niemcy oparli się imperium zła i udział Amazon to zaledwie 13 procent. Przepraszam za tę retorykę, ale nie mogę się powstrzymać. Ten slajd tak działa na moje emocje!

Czas się uspokoić. Głęboki oddech. Sięgnijmy trochę do historii. Amazon.com startuje w lipcu 1994 roku. W kwietniu 1995 roku sprzedają pierwszą książkę. Dla zainteresowanych była to pozycja Douglasa Hofstadtera „Fluid Concepts And Creative Analogies: Computer Models Of The Fundamental Mechanisms Of Thought.”

W 1997 roku – to ważny rok – przychody Amazon.com wynoszą 147 milionów dolarów przy stracie netto 31 milionów. No cóż, nie był to wtedy zbyt liczący się gracz. Przychody Barnes&Noble – tradycyjnej sieci księgarskiej założonej ponad 100 lat wcześniej – wynosiły 2,5 miliarda dolarów.

Ów 1997 rok, to rok, w którym Wielka Brytania zdelegalizowała Net Book Agreement – ustawę o jednolitej cenie książki funkcjonującą od 1900 roku.

W 1997 roku Amazon to był eksperyment. W który niewiele osób wierzyło. Spółka zadebiutowała w tym roku na NASDAQ i rok po debiucie wśród analityków dominowały rekomendacje sprzedaży. Próba sugerowania, że istnieje związek między odejściem od ustawy, a systematycznym wzrostem handlu w internecie i dominacją Amazon, to już nawet nie porównywanie jabłka i dyni, ale jabłka i przemysłu spożywczego.

No dobrze, a co dzieje się na rynku niemieckim? Ustawa o jednolitej cenie zaczyna obowiązywać w Niemczech od 2002 roku. Niestety nie dotarłem do szczegółowych danych z tego najwcześniejszego okresu. Amazon w swoich corocznych raportach dzieli przychody na rynek amerykański i międzynarodowy. Ogółem przychody wynosiły 3,9 miliarda, z czego 60 procent pochodziło z rynku amerykańskiego.

Interesująco zaczyna się robić, gdy zerkniemy na sprzedaż Amazon Deutschland od 2008 roku. Przychody rosną od tamtego czasu średniorocznie o 24 procent. W 2008 roku było to zaledwie 2,8 mld euro, w 2016 12,8 mld euro.

Wzrost imponujący. Mimo obowiązywania ustawy o jednolitej cenie. Co prawda nie wiem, jak wygląda struktura tych przychodów, ale nawet wiedząc, że sprzedaż książek jest tylko częścią tych wyników widać, że to jest zwykły trend wzrostu przychodów w internecie.

Polska Izba Książki w swojej prezentacji zdaje się też zapominać o drobnostce, jaką jest język. Anglojęzyczne serwisy amazon mają nieco dłuższą historię. Więc naturalne, że szybciej amerykańska firma zdobyła rynek brytyjski. Serwis niemiecki zaczął się rozwijać poważnie dopiero około 2004 roku.

Ach, jeszcze jedna ciekawostka. Przychody Amazon.com w 2016 na rynku brytyjskim wyniosły 9,5 mld dolarów, zaś na niemieckim 14,2 mld. Trend jest oczywisty.

„Cherry-picking”, czyli wybieranie wisienek to wyrażenie oznaczające subiektywne wybieranie danych, żeby udowodnić jakąś tezę. Polska Izba Książki miesza wiśnie, jabłka i dynie prezentując niby pogłębione analizy. Przy czym jej przedstawiciele co jakiś czas apelują o rzetelną i merytoryczną dyskusję. To dość zabawne, gdyby nie fakt, że w imię bliżej nieokreślonych interesów próbuje się mówić o dobru rynku książki, czytelników i wydawców, choć korzyści bardzo trudno zauważyć. A całość argumentacji sprowadza się do banalnego „może będzie lepiej”. Wbrew danym, logice i rozsądkowi.

źródłowa prezentacja

[Photo by Mohammad Amin Masoudi on Unsplash]